Tegoroczna susza w mojej okolicy niezwykle dotkliwie odbiła się na runie leśnym, co poskutkowało niemal całkowitym brakiem grzybów.Choć mamy już połowę września 2026 roku – czyli czas, który zazwyczaj jest pełnią sezonu grzybowego i okresem najobfitszych zbiorów – sytuacja w lasach wygląda wyjątkowo przygnębiająco. To, co udało się do tej pory znaleźć i co widać na fotografiach, to zaledwie mizerne, pojedyncze sztuki, które bardziej przypominają o kryzysie hydrologicznym niż o tradycyjnym, jesiennym grzybobraniu.
Gdzie podziały się te wszystkie borowiki? Smutny wrzesień 2026 w naszych lasach. Sezon grzybowy zazwyczaj kojarzy się nam z pełnymi koszami, zapachem schnących podgrzybków w całym domu i poranną mgłą unoszącą się nad mchem.
Niestety, tegoroczna rzeczywistość brutalnie zweryfikowała plany wielu z nas. Mamy już połowę września 2026 roku – czas, w którym leśne ścieżki powinny być usłane kapeluszami prawdziwków – tymczasem w mojej okolicy panuje głęboka, przygnębiająca cisza. To, co widzicie na dołączonych fotografiach, to mój... „cały tegoroczny zbiór”. Brzmi jak żart, ale to niestety szczera prawda. Te mizerne, pojedyncze sztuki to wszystko, co udało mi się wyłuskać ze ściółki po godzinach chodzenia.
Główne przyczyny i skutki tej sytuacji:
Brak wilgoci w ściółce. Przez wielotygodniowe upały i brak głębokich, regularnych opadów deszczu, leśna gleba wyschła na wiór. Grzybnia nie miała odpowiednich warunków, by zacząć owocować. Wysokie temperatury. Ciepłe noce i palące słońce w ciągu dnia dodatkowo wysuszyły mikroklimat lasów, w których zazwyczaj panuje przyjemny, wilgotny chłód. Mizerne zbiory. Zamiast pełnych koszy borowików, podgrzybków czy koźlarzy, w lasach można spotkać jedynie wysuszone, pojedyncze i często od razu robaczywe okazy.
Dlaczego lasy świecą pustkami?
Odpowiedź jest prosta i bolesna: ekstremalna, wielotygodniowa susza. Ściółka wyschnięta na wiór. Brak regularnych, głębokich opadów deszczu sprawił, że leśna gleba straciła jakąkolwiek wilgoć. Bez wody grzybnia po prostu „śpi” i nie ma siły wypuścić owocników. Afrykańskie upały zamiast jesiennego chłodu. Wysokie temperatury, które towarzyszyły nam przez ostatnie miesiące, doszczętnie wypaliły mikroklimat miejsc, które dotychczas były grzybowymi pewniakami. Jakość tego, co ocalało. Nawet te nieliczne okazy, na które udaje się natrafić, często są wysuszone, popękane od słońca. Niestety, owady w czasie suszy również szukają resztek wilgoci w grzybach.
Wszyscy pasjonaci grzybobrania patrzą na te puste koszyki ze smutkiem, mając jednak nadzieję, że druga połowa września i nadchodzący październik przyniosą w końcu upragnione, obfite opady deszczu, które zdołają jeszcze uratować końcówkę tego sezonu.
Czy jest jeszcze nadzieja na ten sezon?
Grzybiarze to z natury optymiści, więc i ja nie tracę do końca nadziei. Druga połowa września i nadchodzący październik to wciąż czas, w którym natura może nas zaskoczyć. Jeśli w najbliższych dniach przyjdą solidne, kilkudniowe opady deszczu, a noce pozostaną stosunkowo ciepłe, lasy mogą jeszcze „odpalić”.
Na razie jednak musimy uzbroić się w cierpliwość i zadowolić spacerami dla samego świeżego powietrza.
Zebrane grzyby, choć nie było ich wiele, zostały maksymalnie wykorzystane. Część z nich niemal natychmiast trafiła na patelnię, stając się bazą do bieżących posiłków.
Pozostałe okazy postanowiono starannie zabezpieczyć i poddać procesowi suszenia, aby zachować ich aromat na dłuższą chwilę.
Jak jednak wyraźnie widać na załączonych fotografiach, proces ten przebiegał w dość niekonwencjonalny sposób.
Zamiast standardowych metod, zastosowano tu technikę dwuetapową: Wstępne podsuszenie. Grzyby najpierw trafiły nad ciepły piecyk, co pozwoliło szybko odprowadzić pierwszą, największą falę wilgoci.
Naturalne dosuszanie: Dzieła dopełniły promienie słoneczne. Rozłożone na słońcu grzyby powoli zyskiwały idealną chrupkość i głęboki aromat.
Taka kombinacja tradycyjnego ciepła domowego ogniska i naturalnych sił przyrody dała świetny, ekologiczny efekt.
Do góry🔺












Brak komentarzy:
Prześlij komentarz